poniedziałek, 29 lipca 2013

Była sama. Mrok spowijający cichy pokój otulał ją niczym ciepły koc. Leżąc na łóżku przykryta ręcznikiem wyglądała tak niewinnie, rozkosznie, jak małe dziecko ukojone w ramionach matki, niepragnące od życia nic więcej. Chciała nie myśleć. Pozbyć się wszystkich emocji, które targały jej maleńkim ciałem, przeszywały na wskroś kruche serce. Setki myśli, całe tabuny głosów napływały jednak zewsząd, jak złe duchy wypełniając każdą wolną przestrzeń jej umysłu. Nie miała siły z nimi walczyć. Nie miła siły już nawet płakać, choć łzy były jej tak bardzo potrzebne. 
. Przez uchylone okno do pokoju wpadał blask bladej pełni, mieniący się burgundowym odbiciem zasłony. Patrząc w stronę poświaty na chwilę zapomniała o bólu, szarym świecie,pełnym grozy i kłamstw, o swoich słabościach i lękach, z którymi walkę już dawno uznała za przegraną, Zanurzona w świetle księżyca, upojona ciepłym podmuchem wiatru zamknęła oczy, a sen napełnił jej obolałą duszę dając wytchnienie i spokój. Śpij, mówiły gwiazdy, śpij, bo jutro nie będzie lepiej. Nie będzie łatwiej,nie minie strach, a sen nie przyjdzie już tak szybko.  




czwartek, 4 lipca 2013

Irracjonalne...

Dziś dokładnie o 4:03 ze snu wybudziły mnie niejasne, poszarpane sny, pełne niespokojnych,irracjonalnych scen, które,i tego jestem całkowicie pewna, pochodzą z głębi mojej 
podświadomości . Przychodzą co noc, co noc zalewają mój umysł, niczym złe duchy, które usilnie próbuję wypędzić, a które wracają pod przykrywką nocy, kiedy mój umysł nie może się bronić. Nawet je lubię. A może nie tyle lubię co przywiązałam się do nich. Ukazują to, co w dzień moja podświadomość stara się skrzętnie ukryć. Zataić przed światem, rzeczywistością, przede mną. Zlana potem, zimnym i nieprzyjemnym, usiadłam na łóżku. W pokoju powoli kończyło się powietrze. Mdły, odurzający zapach cynamonu mieszał się z potworną duchotą, która nie pozwalała mi oddychać. Otworzyłam balkon. Świeże powietrze wpadło do pokoju wraz z cudownym śpiewem ptaków i jaskrawym błyskiem słońca, który oślepił moje pogrążone jeszcze nieco we śnie oczy. I jak tu spać dalej, gdy świat woła mnie w tak dosłowny sposób. Głośno i wyraźnie prosi bym wyszła mu naprzeciw.
    
  
 










środa, 3 lipca 2013

Droga M.


Pamiętasz jak spotkałyśmy się wtedy, pierwszy raz po ośmiu miesiącach, które zdawały się być wiecznością, wielką samotnią, w której tylko noc rozumiała moje słowa. Bo moje sława były wtedy inne, trudne do słuchania, pełne niepewności i lęku. I tylko ty umiałaś je  poukładać, strach zamienić  w wytchnienie, która ratowała moją poszarganą duszę. Ty i noc. Ale noc nie mogła nic zrobić. Była cierpliwa, ale to za mało, by ukoić demony mojej podświadomości. Zmierzchało. Niezbyt łaskawy dla mnie dzień odchodził, a ciemność powoli roztapiała resztki ostatniego, słonecznego blasku. Miało być zwyczajnie, trochę smutno jak co wieczór, gdy muszę zamknąć dom na klucz i wiem, że tego dnia drzwi się już nie otworzą. Miało tak być, ale zjawiłaś się ty. Tych długich, srebrnych włosów, czerwonych niczym krew ust i oczu koloru nieba nie pomylę nawet bez okularów, po ciemku i we śnie. Burgundowa suknia sięgająca ziemi, zapach jaśminu, który uwielbiasz, złoty łańcuszek otrzymany od babki w dniu osiemnastych urodzin. Wróciłaś. Zawsze wracasz.