Pamiętasz
jak spotkałyśmy się wtedy, pierwszy raz po ośmiu miesiącach,
które zdawały się być wiecznością, wielką samotnią, w której
tylko noc rozumiała moje słowa. Bo moje sława były wtedy inne,
trudne do słuchania, pełne niepewności i lęku. I tylko ty umiałaś
je poukładać, strach zamienić w wytchnienie,
która ratowała moją poszarganą duszę. Ty i noc. Ale noc nie
mogła nic zrobić. Była cierpliwa, ale to za mało, by ukoić
demony mojej podświadomości. Zmierzchało. Niezbyt łaskawy dla
mnie dzień odchodził, a ciemność powoli roztapiała resztki
ostatniego, słonecznego blasku. Miało być zwyczajnie, trochę
smutno jak co wieczór, gdy muszę zamknąć dom na klucz i wiem, że
tego dnia drzwi się już nie otworzą. Miało tak być, ale zjawiłaś
się ty. Tych długich, srebrnych włosów, czerwonych niczym krew
ust i oczu koloru nieba nie pomylę nawet bez okularów, po ciemku i
we śnie. Burgundowa suknia sięgająca ziemi, zapach jaśminu, który
uwielbiasz, złoty łańcuszek otrzymany od babki w dniu osiemnastych
urodzin. Wróciłaś. Zawsze wracasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz