środa, 3 lipca 2013

Droga M.


Pamiętasz jak spotkałyśmy się wtedy, pierwszy raz po ośmiu miesiącach, które zdawały się być wiecznością, wielką samotnią, w której tylko noc rozumiała moje słowa. Bo moje sława były wtedy inne, trudne do słuchania, pełne niepewności i lęku. I tylko ty umiałaś je  poukładać, strach zamienić  w wytchnienie, która ratowała moją poszarganą duszę. Ty i noc. Ale noc nie mogła nic zrobić. Była cierpliwa, ale to za mało, by ukoić demony mojej podświadomości. Zmierzchało. Niezbyt łaskawy dla mnie dzień odchodził, a ciemność powoli roztapiała resztki ostatniego, słonecznego blasku. Miało być zwyczajnie, trochę smutno jak co wieczór, gdy muszę zamknąć dom na klucz i wiem, że tego dnia drzwi się już nie otworzą. Miało tak być, ale zjawiłaś się ty. Tych długich, srebrnych włosów, czerwonych niczym krew ust i oczu koloru nieba nie pomylę nawet bez okularów, po ciemku i we śnie. Burgundowa suknia sięgająca ziemi, zapach jaśminu, który uwielbiasz, złoty łańcuszek otrzymany od babki w dniu osiemnastych urodzin. Wróciłaś. Zawsze wracasz. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz