środa, 13 września 2017

Jezioro

Drogi...
pytasz jak mi się żyje po powrocie do domu. Cóż, nigdy nie spodziewałabym się, że tu wrócę. Do tych starych, przygarbionych jabłoni i szarych stawów za ogrodem. Do kurzu na strychu, który jak był, tak jest do teraz, leży na brudnych dywanach, zbutwiałych szafach, nieszczelnych framugach okien. Nawet dziadkowa stajnia stoi na swoim miejscu, jak gdyby nie zauważyła, że nie jest już tutaj nikomu potrzebna. Pamiętam jak miała sześć czy siedem lat, było lato. Szliśmy z dziadkiem do sąsieka, on podawał mi dużą brązową misę, pamiętam ją dokładnie. Miała czarne brzegi, w kąciku dziurę. Napełniałam misę zbożem, które dziadek trzymał w ogromnej beczce. Wchodziłam na stołek, nachlałam się, dziadek trzymał mnie w pasie, żebym nie wpadła do środka. Wychodziliśmy przed sąsiek. Tiu, tiu, tiu - wołaliśmy kury. Rozsypywałam ziarno, po czym dziadek wskazywał na dach: nie zapomnij o gołębiach.
Dziadka już nie ma, nie ma gołębi, ale podejrzewam, że gdybym poszukała dokładnie, to brązowa misa by się znalazła, Babcia nie lubi nic wyrzucać, zwłaszcza jeśli jest funkcjonalne i niezniszczalne.  Jak ta misa. No więc jestem na wsi już miesiąc. Dni płynęły mi na szukaniu nowej rutyny, odnajdywaniu się w zakamarkach nowej rzeczywistości. Po miesiącu muszę stwierdzić, że nie jest prostym, znalezienie swojego miejsca na nowo w starym otoczeniu. Czuję się jakbym została przeniesiona w czasie, a tak czuć się nie mogę, bo przecież nie mam już kilku lat tylko dużo więcej, dużo więcej też muszę tutaj robić, choć chętnie pokarmiłabym kury. 

Jeśli jednak to nie jest dla ciebie odpowiedź satysfakcjonująca to odpowiadam - żyje mi się dobrze, wolno, przede wszystkim chyba wolno.  

Myślę o tobie często, bo kiedy już tak wolno mi mija życie tutaj, to dużo myślę. O wszystkim, a że byłeś dla mnie przez ułamek sekundy wszystkim, to myślę właśnie o tobie. Czy my się wystarczająco dobrze pożegnaliśmy? Czy ty czułeś wtedy, że ja bardzo chciałam zostać, że gdybym mogła, to nie pisałabym dziś tego listu, tylko leżałabym ci na kolanach i nuciła Grechutę? Bardzo się boję o ciebie, bo nie odzywasz się zbyt często, a znam twoje skłonności do zamykania się na cztery zamki w sobie. 

Pamiętasz ten dzień kiedy się poznaliśmy? Była jesień, padało od trzech dni, a mgła nad jeziorem była tak gęsta, że nie było widać tafli wody. Chciałam być sama, uciec od ludzi, jak najdalej od domu, który krępował wszystkie moje myśli. Miałam dziewiętnaście lat, byłam zagubiona, jak małe zwierze wypuszczone z klatki na środku pustkowia. Bez planu, bez drogowskazów, bez pomocy. To był ten stan, kiedy nawet łzy nie mogą płynąć swobodnie, a umysł powoli gaśnie, zamknięty w drobnym, kruchym jak lód ciele. Nie mogłam uciec daleko, trzymali mnie rodzice, ostatni rok szkoły, praca w małej restauracji na obrzeżach. Nienawidziłam tej miejscowości, każdej ulicy, lampy i dziury w asfalcie, każdej kamienicy i szarych smutnych ludzi, którzy żyją wspomnieniami, jak gdyby utknęli, nie tylko w tym mieście, ale też w czasoprzestrzeni. Czułam, że część mnie umiera, tak jak oni wszyscy, że to miejsce wyssie mi duszę, jeśli się mu poddam.
Dlatego co wieczór uciekałam. Jezioro za lasem było  jak wyspa do której nikt nie docierał. Siadałam na porośniętej bluszczem poręczy. Tam otwierałam nozdrza, czułam jak pachnie wolność. Wdychałam lekki zapach wrzosów i mokrej trawy marząc o lepszym świecie, większym świecie. Ja modliłam się o prawdziwą wolność idąc skrajem leśnej drogi, a ty uciekałeś przed 

czwartek, 3 sierpnia 2017

San Francisco

Drogi M.

Chciałabym napisać, że uwielbiam dotykać twoich włosów, pachnących jeszcze lawendą, mieniących się błękitem i brązem, kiedy leżysz mi na kolanach, cicho mówisz, że nie chcesz wyjeżdżać. Chciałbym powiedzieć , że będę płakać, kiedy zobaczę cię po raz ostatni, że skończy się wieczność która trwała kilka tygodni, że będę więdła jak kwiat bez wody, kiedy nie będę mogła szukać cię wzrokiem w obcym tłumie. Chciałabym żeby było mi źle bez ciebie,  żeby każdy dzień był pusty, jak kubek po porannej kawie, którą uwielbiam i którą rozlałeś ostatnio na podłogę. Chciała
Ac bym Ci  spojrzeć w oczy i powiedzieć że nie szkodzi. W zamian będę milczeć, nie odwrócę nawet głowy, kiedy będziesz zamykał drzwi samochodu, nie spojrzę na ciebie po raz ostatni, nie dowiem się jaki masz kolor oczu, nie dotknę twoich włosów,nie powiem ci nawet tego, że lubię twój uśmiech, nie powiem nic . Chciałbym pamiętać cię za rok, zapomnę pewnie jutro. Chyba że spotkam cię kiedyś  , późnym popołudniem, przez przypadek wpadnę na ciebie na ulicy , kiedy wrócę za ocean, do tego miasta, gdzie ludzie noszą kwiaty we włosach, gdzie zostawiam cześć wspomnień i uczuć.



wtorek, 10 stycznia 2017

Stojąc na środku betonowego chodnika, jak kamień pozbawiony możliwości ruchu,będący jedynie przeszkodą na drodze, powoli zatapiałam wzrok w jednym punkcie na skraju jezdni . Była taka drobna i krucha, maleńka istotka w monumentalnym zgliszczu szarych budynków. Miała może pięć, a może siedem lat, długie włosy i zero szans z nadjeżdżającym Fordem. Ułamek sekundy kiedy wyrwała się mamie z  rąk i pobiegła za czymś, co zobaczyła za rogiem. Chwilę wcześniej uśmiechnęłam się do niej. Lubię uśmiechać się do dzieci, które na mnie patrzą. Zazwyczaj odwzajemniają uśmiech i przez małą chwilkę ja sama czuję się jak mała dziewczynka, która potrafi zaprzyjaźnić się z każdym nieznajomym na ulicy.  Czasem dzieci  przyglądają się tylko, po czym chowają głową pod ramię mamy czy taty zawstydzone. Ta dziewczynka miała bardzo bystry wzrok. Najpierw zmierzyła mnie swoim przenikliwym spojrzeniem, kiedy upewniła się że nie mam złych zamiarów, rozpromieniła się. Miała bardzo ładną,czerwoną  wstążkę na głowie, która delikatnie opadała na jej ramiona zakręcając się ku dołowi.
 Teraz wstążka leżała a poboczu. Po chwili martwej ciszy, kiedy do każdego dochodziło co się stało i czas jakby stanął w miejscu, rozległ się wrzask. Rumor, kurz,krzyk i smutek nie pozwalały mi oddychać. Uciekłam. 
Moja Droga....

Było tak pięknie. Świat rodził się do życia po długiej, wyczerpującej zimie i każda żywa cząstka materii błagała o mały promień słońca, by ogrzać się choć przez chwilę. Rodziły się powoli kwiaty, swój głos odzyskiwały jaskółki, a strumień szumiał czyściej i bardziej klarownie...