piątek, 3 kwietnia 2020

złości, bo brak fajek i dlaczego martwię się o Afrykę. czyli bełkot totalny

Więc który to dzień kwarantanny? Bo serio nie liczę, nie mam pojęcia. Dni teraz zlewają mi się w jeden. W jeden obrzydliwy obraz nędzy i rozpaczy, płaczu, tłuszczu i bezsensu. Ogólnie nie mogę narzekać, siedzę sobie na wsi, ptaki śpiewają mi za oknem, a mama gotuje obiadki. Uroczo. Czuję się jak w gimnazjum. W gimnazjum nienawidziłam życia, ludzi, a najbardziej siebie. Ale tak, czuję się jak w gimnazjum. Mam więcej znajomych, z którymi mogę porozmawiać wirtualnie, to duża zmiana, w gimnazjum nie miałam ani jednej koleżanki, oprócz Iwonki. Teraz codziennie z kimś piszę, narzekamy sobie wspólnie. Super, szkoda kurwa, że nie zobaczę ich przez następne pół roku. Już nie pamiętam jak brzmią ich głosy. Ja pierdole, mam dość. No ale nie mogę narzekać, mają gorzej. Myślę codziennie o tych co mają gorzej. Naprawdę! Kiedyś strasznie zmartwiłam się jak epidemia przebiega w Afryce, przecież w większości krajów opieka zdrowia jest w opłakanym stanie, ogromna ilość ludzi choruje na AIDS, każdy teraz martwi się o siebie, więc nici z pomocy z krajów tych lepiej prosperujących. Właściwie to mam wrażenie, że wszyscy mają w dupie teraz taką Afrykę, bo przecież biedna, mała Europa umiera. Szkoda, że nikt nie widział, że zaczęła umierać dużo wcześniej, na brak tlenu, na depresję, na otyłości, na nowe Yezzy, na wakacje w Indonezji, na TikToka i tak dalej. Szkoda.

Przykro mi. Jak mi przykro. Lubiłem to miejsce, lubiłem wszystko

No cóż...Zawężam oczywiście do Europy, bo mieszkam w jej samym środeczku, ale oczywiście pamiętam też o USA, nie można zapominać o tak ważnym bastionie konsumpcjonizmu. Ale noo, zamknij się Natalia, bo się na tym nie znasz, więc kurwa milcz, jak jak cię o nic nie pytają. W każdym razie. Od tygodnia, a nawet prawie dwóch nie palę i jestem zła. Zła to takie bardzo delikatne określenie. Mam ochotę krzyczeć i wybijać szyby w oknach, potem przez te okna wyskakiwać krzycząc bardzo brzydkie słowa. Mam ochotę wszystkich zajebać. Siebie najbardziej. Bo mi nic, absolutnie nic nie wychodzi, siedzę, wegetuję jak warzywo, nic nie znaczę, w ogóle się nie liczę i mam dość tego wszystkiego. Bla bla, wszyscy są w takiej sytuacji, ale ja to nie wszyscy i jak chcę sobie pokrzyczeć to kurwa będę krzyczeć. Zastanawiam się, dlaczego tak sobie spierdoliłam życie, dlaczego w wieku 23 lat nic nie umiem, w niczym nie jestem dobra i wszystko jest takie bez sensu. Dlaczego? Co tutaj poszło nie tak? Przecież miałam raczej spoko start, dużo możliwości? Co kurwa w tej mojej spierdolonej głowie poszło nie tak, że tych możliwości nie chciałam wykorzystać? 

stop...za dużo.

Odnośnie tej kwarantanny i ludzi, to oprócz Afryki myślałam jeszcze nad ludźmi z dpsów. Chodziłam jako wolontariuszka do jednego, to był dps dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Uwielbiałam te dzieciaki. Mówię dzieciaki, chociaż większość tych "dzieci" była starsza ode mnie...Tak naprawdę tam się nauczyłam lubić ludzi. I doceniać takie głupie małe rzeczy, na które zazwyczaj się nie zwraca uwagi. Brzmi tandetnie, tru. Ale jak się przyglądałam tym dzieciakom, które cieszyły się, jak pokazywałam im na telefonie zdjęcia pieska, albo jak wycinałam dla nich kwiatki z papieru, to cholera ogarniałą mnie taka radość, że nawet nie wiem jak ją opisać. Oni żyli tu i teraz, tu i teraz mieli pieska w telefonie, tu i teraz musieli nauczyć się wierszyka, bo za tydzień przychodzi Mikołaj, tu i teraz tańczyli ze mną do piosenek disco polo. Myślę też o osobach, które tymi dziećmi się zajmowały, zazwyczaj kobiety. Mocne babki. Takie od-do.  Cierpliwe, stanowcze, ale też czułe. Były dla tych dzieci rodziną, której oni często nie mieli. I myślę sobie ile trzeba mieć w sobie dobra i siły, żeby być rodziną dla takich osób, dbać o nie, martwić się, a potem wracać do swojego życia i jakoś o tym zapomnieć, bo przecież nie da się tak na dwa fronty. W każdym razie myślę o nich, bo przecież w większości są to osoby o wątłym zdrowiu, w największej grupie ryzyka. Są też zamknięci, więc jak jeden, to wszyscy. Leżą i w sumie czekają na koniec, bo kto im pomoże? Kto pomoże biednym, chorym na głowę, niechcianym dzieciakom? Kto im pomoże, skoro nie mówiło się o nich przed pandemią?  tym bardziej nie będzie się o nich mówić w trakcie....

Przywołałam dps, bo jakoś jest mi bliska tego typu instytucja, ale kurcze, są też hospicja, są domy starców, są chorzy na mukowiscydozę, na raka płuc, i w sumie nie tylko. Ja sobie nawet nie zdaję sprawy ile osób w tym momencie umiera ze strachu, bo spotkanie z wirusem to dla nich wyrok. Jasne, uogólniam, piszę skrótowo, ale sama siebie próbuję oblać zimną wodą. Żeby - jak już sobie ponarzekam - podziękować losowi, że siedzę na wsi i słucham ptaków przez okno. 

czwartek, 26 marca 2020

fb, stalking i czego nie umiałam w Londynie

Jest 1:07. Wypaliłam dziś (w sensie wczoraj) jednego papierosa i kurewsko chciałabym teraz zapalić drugiego. Nie mam.To znaczy mam resztkę tytoniu, Czerwony Amsterdamer, wyschnięty już zapewne na wiór, ale no, mocne postanowienie poprawy. Rzucam, ograniczam, staram się, zdrowe życie, zdrowe nałogi.Tak, że kurewsko mi się chce, ale kurewsko też nie chcę palić, żeby jednak sobie udowodnić, że nie jestem jeszcze taka beznadziejna.

Jest 1:07, teraz już 1:11 i przeglądam ludzi na Fb. Tak zwany stalking. Lubię, praktykuję, polecam. Więc przeglądam tych ludzi, tych, których mam w proponowanych. Różne osobistości. Brat żony mojego wujka, laska ze studiów, dalej nie znam, dalej jakieś dziecko, uwaga - Bartosz Peszek (fensi), następnie również uwaga - Łukasz Gibała (sic!), dalej jacyś znajomi znajomych, niektórzy ładni, niektórzy bez zdjęć, znowu fancy - Tomasz Schimscheiner (chociaż fensi w jego przypadku to tak wielkie nadużycie, że chyba powinnam to usunąć jednak). Ogólnie tak sobie przeglądam tych ludzi i czytam co tam ciekawego u nich na profilach. Ludzie ze studiów. Nie znam, może warto się zorientować co i jak. 

Laska pisze, że zaprasza na konferencję, na której będzie coś tam mówić, o czymś tam, co nawet nie wiem co znaczy, potem jakiś wpis o znowu jakimś jej wydarzeniu, potem wpis o smogu. Fak, ta dziewczyna spoko pisze...zazdro. Kolejna laska ze studiów. Skończyła filologię rumuńską i coś tam jeszcze, teraz MISH i krytyka literacka. wow, ale ambitnie, Ta też zaprasza na jakieś koło rumunistów czy chuj wie co. Ja ogólnie szanuję, podziwiam, zazdroszczę. Serio, takich ludzi nam trzeba, zaangażowanych, kroczących naprzód, głoszących z podniesioną głową nowe idee i postulaty, albo po prostu ludzi, który robią coś więcej niż stalking na Fb. serio. Ale tak mnie w środku kłuje, tak mi się robi dziwnie źle. Bo ja sobie wtedy myślę, że ja to nic do teraz nie zrobiłam. Nic nie opublikowałam, nic nie napisałam wartościowego (oprócz eseju zaliczeniowego w tamtym semestrze, esej o nagości, jestem dumna z niego jak sto chujów), nic nie namalowałam godnego upublicznienia. No jedno wielkie zero, które mogę wpisać do CV z wielkim dopiskiem na samym dole: proszę o pozytywne rozpatrzenie tego zgłoszenia o pracę, bo chociaż nic nie umiem, to jestem fajna i szybko się uczę. I nawet kurwa z tą szybką nauką będzie kłamstwo. Jak pojechałam do pracy do Londynu zaraz po maturze to złapałam pracę w takiej kawiarni czy tam barze, chuj wie, bo były tam i kanapki i kawa i wszystko. W każdym razie jak pracowałam na kuchni to nie wyrabiałam się w robieniu tych kanapek, bo je się robiło na czas i ja totalnie nie mogłam się wyrobić. Za to jak pracowałam na kasie, to nie pozwalali mi robić kaw, chyba się bali, że coś zjebię. Raz taka Monika, która tam była team leader ( Polka by the way), powiedziała mi jak zaczynałyśmy zmianę: Czy ty Natalia jesteś głupia? Czy ty zrobiłaś kawę przed chwilą? Jak ty trzymasz ten steamer? Pojebało cię? Wiesz ile ten ekspres kosztował? Dużo, Natalia, dużo, Jak go zepsujesz to kurwa nie wiem kto za to zapłaci! No i tak mi powiedziała rano, a potem jak już nikogo oprócz nas nie było to sobie poszła na fajkę. I przyszedł klient po kawę, no to ja ją zawołałam. A ona tego papierosa nawet do połowy nie dopaliła i się strasznie wkurwiła na mnie, że jestem beznadziejna, bo nawet głupiej kawy nie umiem zrobić. W ogóle była urocza i jebała mnie jak burą sukę. Był tam też Fredi, też Polak, oprócz tego gej, buddysta, pisarz, malarz, trener fitness i pracownik baru z kanapkami. Więc Fradi był specyficzny, ale zawsze mi mówił, jak Monika na mnie napierdalała. Ogólnie powiedział mi, że jak raz wszyscy byli w szatni to Monika darła ryja na wszystkich, że po chuj się wszyscy godzili, żeby mnie przyjmować do pracy (taka zasada była, że nowego pracownika musieli zaakceptować starzy), bo do niczego się nie nadaję i jestem beznadziejna, nawet jak myję podłogę. No i Fradi mi powiedział, że tak nie uważa, to było kochane. Niedługo potem mi zaczął wytykać, że pracuję już tak długo, że powinnam szybciej robić kanapki, bo jednak no chujowo. Ale i tak był kochany. Do dziś go obserwuję na Fb, ma męża Martina i od kilkunastu lat są razem. Serio, urocze! Aa i fredi dał mi dwa tomiki swojej poezji, jak wyjeżdżałam z Londynu. Dużo o penisach i że księża to chuje i tak dalej, ale no ciekawe. W ogóle cały cen mój wyjazd do Londynu to był taki jeden wielki kabaret, skecz o dziecku, które trzy raz ze wsi pojechało do Krakowa samo, ale wybrało się do Londynu, bez pracy, bez znajomości, bez w sumie niczego. 100 funtów miałam w portfelu i zaburzenia odżywiania bardzo ożywione w tamtym okresie.  Trzy miesiące jak na rollercoasterze, zajebiście było, kiedyś o tym muszę napisać. 

W każdym razie - mało umiem. Nic ciekawego nigdy nie zorganizowałam ani nic. Może jak byłam młodsza to faktycznie, udzielałam się jak pojebana wszędzie, brakuje mi tego. Ale totalnie nie wiem jak teraz cokolwiek ogarnąć, jak ja studiów nie ogarniam tak jak należy.
A już w ogóle to zacznijmy od tego, że mam do napisania dwie zaległe prace na studia, plus  jedną którą muszę wysłać do jutra, a ja kurwa siedzę i oglądam sobie ludzi na Fb. Tak się właśnie rodzą porażki. Tak się buduje przyszłość bez przyszłości. Tu i teraz nie tworzę  swojej historii i nie mogę więcej niż mi się wydaje. 

Nie zapalę papierosa. Nie zapalę. Idę spać. Idę zapomnieć, że dziś znowu zmarnowałam dzień.

poniedziałek, 26 listopada 2018

wracam do



wracam do tych ścian i podłóg
do rozbitych luster
potłuczonych marzeń
połamanych paznokci 
            
do zdjęć osnutych kłamstwem
do pustych sztalug
martwych natur,
do szarości sufitu i nocy bezsennych 



 dbałam tu kiedyś o kwiaty 
jaśminy i bzy
róże hortensje i lilie 

kwitły wiosną jak miłość we mnie 
jak moja miłość niewinne i czyste
delikatne jak moje dłonie
 jak miękkie opuszków końce 
drżące nocami od chłodu 


 ty byłeś deszczem
 zraszałeś codziennie moje kwiaty 
chroniłeś od suszy 
o świcie strzegłeś przed chłodem
prószył śnieg a ty byleś im schronem 

i oddałam ci moje kwiaty
moje dłonie dałam ci w ciszy 
jak bukiet wręczyłam ci siebie bezzwrotnie 


umierał mój ogród gdy odchodziłeś 
zwiędły kwiaty gdy wyszedłeś bez słowa 
i ja uschłam 
bez nich 
bez ciebie
 jak bez wody 







środa, 13 września 2017

Jezioro

Drogi...
pytasz jak mi się żyje po powrocie do domu. Cóż, nigdy nie spodziewałabym się, że tu wrócę. Do tych starych, przygarbionych jabłoni i szarych stawów za ogrodem. Do kurzu na strychu, który jak był, tak jest do teraz, leży na brudnych dywanach, zbutwiałych szafach, nieszczelnych framugach okien. Nawet dziadkowa stajnia stoi na swoim miejscu, jak gdyby nie zauważyła, że nie jest już tutaj nikomu potrzebna. Pamiętam jak miała sześć czy siedem lat, było lato. Szliśmy z dziadkiem do sąsieka, on podawał mi dużą brązową misę, pamiętam ją dokładnie. Miała czarne brzegi, w kąciku dziurę. Napełniałam misę zbożem, które dziadek trzymał w ogromnej beczce. Wchodziłam na stołek, nachlałam się, dziadek trzymał mnie w pasie, żebym nie wpadła do środka. Wychodziliśmy przed sąsiek. Tiu, tiu, tiu - wołaliśmy kury. Rozsypywałam ziarno, po czym dziadek wskazywał na dach: nie zapomnij o gołębiach.
Dziadka już nie ma, nie ma gołębi, ale podejrzewam, że gdybym poszukała dokładnie, to brązowa misa by się znalazła, Babcia nie lubi nic wyrzucać, zwłaszcza jeśli jest funkcjonalne i niezniszczalne.  Jak ta misa. No więc jestem na wsi już miesiąc. Dni płynęły mi na szukaniu nowej rutyny, odnajdywaniu się w zakamarkach nowej rzeczywistości. Po miesiącu muszę stwierdzić, że nie jest prostym, znalezienie swojego miejsca na nowo w starym otoczeniu. Czuję się jakbym została przeniesiona w czasie, a tak czuć się nie mogę, bo przecież nie mam już kilku lat tylko dużo więcej, dużo więcej też muszę tutaj robić, choć chętnie pokarmiłabym kury. 

Jeśli jednak to nie jest dla ciebie odpowiedź satysfakcjonująca to odpowiadam - żyje mi się dobrze, wolno, przede wszystkim chyba wolno.  

Myślę o tobie często, bo kiedy już tak wolno mi mija życie tutaj, to dużo myślę. O wszystkim, a że byłeś dla mnie przez ułamek sekundy wszystkim, to myślę właśnie o tobie. Czy my się wystarczająco dobrze pożegnaliśmy? Czy ty czułeś wtedy, że ja bardzo chciałam zostać, że gdybym mogła, to nie pisałabym dziś tego listu, tylko leżałabym ci na kolanach i nuciła Grechutę? Bardzo się boję o ciebie, bo nie odzywasz się zbyt często, a znam twoje skłonności do zamykania się na cztery zamki w sobie. 

Pamiętasz ten dzień kiedy się poznaliśmy? Była jesień, padało od trzech dni, a mgła nad jeziorem była tak gęsta, że nie było widać tafli wody. Chciałam być sama, uciec od ludzi, jak najdalej od domu, który krępował wszystkie moje myśli. Miałam dziewiętnaście lat, byłam zagubiona, jak małe zwierze wypuszczone z klatki na środku pustkowia. Bez planu, bez drogowskazów, bez pomocy. To był ten stan, kiedy nawet łzy nie mogą płynąć swobodnie, a umysł powoli gaśnie, zamknięty w drobnym, kruchym jak lód ciele. Nie mogłam uciec daleko, trzymali mnie rodzice, ostatni rok szkoły, praca w małej restauracji na obrzeżach. Nienawidziłam tej miejscowości, każdej ulicy, lampy i dziury w asfalcie, każdej kamienicy i szarych smutnych ludzi, którzy żyją wspomnieniami, jak gdyby utknęli, nie tylko w tym mieście, ale też w czasoprzestrzeni. Czułam, że część mnie umiera, tak jak oni wszyscy, że to miejsce wyssie mi duszę, jeśli się mu poddam.
Dlatego co wieczór uciekałam. Jezioro za lasem było  jak wyspa do której nikt nie docierał. Siadałam na porośniętej bluszczem poręczy. Tam otwierałam nozdrza, czułam jak pachnie wolność. Wdychałam lekki zapach wrzosów i mokrej trawy marząc o lepszym świecie, większym świecie. Ja modliłam się o prawdziwą wolność idąc skrajem leśnej drogi, a ty uciekałeś przed 

czwartek, 3 sierpnia 2017

San Francisco

Drogi M.

Chciałabym napisać, że uwielbiam dotykać twoich włosów, pachnących jeszcze lawendą, mieniących się błękitem i brązem, kiedy leżysz mi na kolanach, cicho mówisz, że nie chcesz wyjeżdżać. Chciałbym powiedzieć , że będę płakać, kiedy zobaczę cię po raz ostatni, że skończy się wieczność która trwała kilka tygodni, że będę więdła jak kwiat bez wody, kiedy nie będę mogła szukać cię wzrokiem w obcym tłumie. Chciałabym żeby było mi źle bez ciebie,  żeby każdy dzień był pusty, jak kubek po porannej kawie, którą uwielbiam i którą rozlałeś ostatnio na podłogę. Chciała
Ac bym Ci  spojrzeć w oczy i powiedzieć że nie szkodzi. W zamian będę milczeć, nie odwrócę nawet głowy, kiedy będziesz zamykał drzwi samochodu, nie spojrzę na ciebie po raz ostatni, nie dowiem się jaki masz kolor oczu, nie dotknę twoich włosów,nie powiem ci nawet tego, że lubię twój uśmiech, nie powiem nic . Chciałbym pamiętać cię za rok, zapomnę pewnie jutro. Chyba że spotkam cię kiedyś  , późnym popołudniem, przez przypadek wpadnę na ciebie na ulicy , kiedy wrócę za ocean, do tego miasta, gdzie ludzie noszą kwiaty we włosach, gdzie zostawiam cześć wspomnień i uczuć.



wtorek, 10 stycznia 2017

Stojąc na środku betonowego chodnika, jak kamień pozbawiony możliwości ruchu,będący jedynie przeszkodą na drodze, powoli zatapiałam wzrok w jednym punkcie na skraju jezdni . Była taka drobna i krucha, maleńka istotka w monumentalnym zgliszczu szarych budynków. Miała może pięć, a może siedem lat, długie włosy i zero szans z nadjeżdżającym Fordem. Ułamek sekundy kiedy wyrwała się mamie z  rąk i pobiegła za czymś, co zobaczyła za rogiem. Chwilę wcześniej uśmiechnęłam się do niej. Lubię uśmiechać się do dzieci, które na mnie patrzą. Zazwyczaj odwzajemniają uśmiech i przez małą chwilkę ja sama czuję się jak mała dziewczynka, która potrafi zaprzyjaźnić się z każdym nieznajomym na ulicy.  Czasem dzieci  przyglądają się tylko, po czym chowają głową pod ramię mamy czy taty zawstydzone. Ta dziewczynka miała bardzo bystry wzrok. Najpierw zmierzyła mnie swoim przenikliwym spojrzeniem, kiedy upewniła się że nie mam złych zamiarów, rozpromieniła się. Miała bardzo ładną,czerwoną  wstążkę na głowie, która delikatnie opadała na jej ramiona zakręcając się ku dołowi.
 Teraz wstążka leżała a poboczu. Po chwili martwej ciszy, kiedy do każdego dochodziło co się stało i czas jakby stanął w miejscu, rozległ się wrzask. Rumor, kurz,krzyk i smutek nie pozwalały mi oddychać. Uciekłam. 
Moja Droga....

Było tak pięknie. Świat rodził się do życia po długiej, wyczerpującej zimie i każda żywa cząstka materii błagała o mały promień słońca, by ogrzać się choć przez chwilę. Rodziły się powoli kwiaty, swój głos odzyskiwały jaskółki, a strumień szumiał czyściej i bardziej klarownie...