Jest 1:07. Wypaliłam dziś (w sensie wczoraj) jednego papierosa i kurewsko chciałabym teraz zapalić drugiego. Nie mam.To znaczy mam resztkę tytoniu, Czerwony Amsterdamer, wyschnięty już zapewne na wiór, ale no, mocne postanowienie poprawy. Rzucam, ograniczam, staram się, zdrowe życie, zdrowe nałogi.Tak, że kurewsko mi się chce, ale kurewsko też nie chcę palić, żeby jednak sobie udowodnić, że nie jestem jeszcze taka beznadziejna.
Jest 1:07, teraz już 1:11 i przeglądam ludzi na Fb. Tak zwany stalking. Lubię, praktykuję, polecam. Więc przeglądam tych ludzi, tych, których mam w proponowanych. Różne osobistości. Brat żony mojego wujka, laska ze studiów, dalej nie znam, dalej jakieś dziecko, uwaga - Bartosz Peszek (fensi), następnie również uwaga - Łukasz Gibała (sic!), dalej jacyś znajomi znajomych, niektórzy ładni, niektórzy bez zdjęć, znowu fancy - Tomasz Schimscheiner (chociaż fensi w jego przypadku to tak wielkie nadużycie, że chyba powinnam to usunąć jednak). Ogólnie tak sobie przeglądam tych ludzi i czytam co tam ciekawego u nich na profilach. Ludzie ze studiów. Nie znam, może warto się zorientować co i jak.
Laska pisze, że zaprasza na konferencję, na której będzie coś tam mówić, o czymś tam, co nawet nie wiem co znaczy, potem jakiś wpis o znowu jakimś jej wydarzeniu, potem wpis o smogu. Fak, ta dziewczyna spoko pisze...zazdro. Kolejna laska ze studiów. Skończyła filologię rumuńską i coś tam jeszcze, teraz MISH i krytyka literacka. wow, ale ambitnie, Ta też zaprasza na jakieś koło rumunistów czy chuj wie co. Ja ogólnie szanuję, podziwiam, zazdroszczę. Serio, takich ludzi nam trzeba, zaangażowanych, kroczących naprzód, głoszących z podniesioną głową nowe idee i postulaty, albo po prostu ludzi, który robią coś więcej niż stalking na Fb. serio. Ale tak mnie w środku kłuje, tak mi się robi dziwnie źle. Bo ja sobie wtedy myślę, że ja to nic do teraz nie zrobiłam. Nic nie opublikowałam, nic nie napisałam wartościowego (oprócz eseju zaliczeniowego w tamtym semestrze, esej o nagości, jestem dumna z niego jak sto chujów), nic nie namalowałam godnego upublicznienia. No jedno wielkie zero, które mogę wpisać do CV z wielkim dopiskiem na samym dole: proszę o pozytywne rozpatrzenie tego zgłoszenia o pracę, bo chociaż nic nie umiem, to jestem fajna i szybko się uczę. I nawet kurwa z tą szybką nauką będzie kłamstwo. Jak pojechałam do pracy do Londynu zaraz po maturze to złapałam pracę w takiej kawiarni czy tam barze, chuj wie, bo były tam i kanapki i kawa i wszystko. W każdym razie jak pracowałam na kuchni to nie wyrabiałam się w robieniu tych kanapek, bo je się robiło na czas i ja totalnie nie mogłam się wyrobić. Za to jak pracowałam na kasie, to nie pozwalali mi robić kaw, chyba się bali, że coś zjebię. Raz taka Monika, która tam była team leader ( Polka by the way), powiedziała mi jak zaczynałyśmy zmianę: Czy ty Natalia jesteś głupia? Czy ty zrobiłaś kawę przed chwilą? Jak ty trzymasz ten steamer? Pojebało cię? Wiesz ile ten ekspres kosztował? Dużo, Natalia, dużo, Jak go zepsujesz to kurwa nie wiem kto za to zapłaci! No i tak mi powiedziała rano, a potem jak już nikogo oprócz nas nie było to sobie poszła na fajkę. I przyszedł klient po kawę, no to ja ją zawołałam. A ona tego papierosa nawet do połowy nie dopaliła i się strasznie wkurwiła na mnie, że jestem beznadziejna, bo nawet głupiej kawy nie umiem zrobić. W ogóle była urocza i jebała mnie jak burą sukę. Był tam też Fredi, też Polak, oprócz tego gej, buddysta, pisarz, malarz, trener fitness i pracownik baru z kanapkami. Więc Fradi był specyficzny, ale zawsze mi mówił, jak Monika na mnie napierdalała. Ogólnie powiedział mi, że jak raz wszyscy byli w szatni to Monika darła ryja na wszystkich, że po chuj się wszyscy godzili, żeby mnie przyjmować do pracy (taka zasada była, że nowego pracownika musieli zaakceptować starzy), bo do niczego się nie nadaję i jestem beznadziejna, nawet jak myję podłogę. No i Fradi mi powiedział, że tak nie uważa, to było kochane. Niedługo potem mi zaczął wytykać, że pracuję już tak długo, że powinnam szybciej robić kanapki, bo jednak no chujowo. Ale i tak był kochany. Do dziś go obserwuję na Fb, ma męża Martina i od kilkunastu lat są razem. Serio, urocze! Aa i fredi dał mi dwa tomiki swojej poezji, jak wyjeżdżałam z Londynu. Dużo o penisach i że księża to chuje i tak dalej, ale no ciekawe. W ogóle cały cen mój wyjazd do Londynu to był taki jeden wielki kabaret, skecz o dziecku, które trzy raz ze wsi pojechało do Krakowa samo, ale wybrało się do Londynu, bez pracy, bez znajomości, bez w sumie niczego. 100 funtów miałam w portfelu i zaburzenia odżywiania bardzo ożywione w tamtym okresie. Trzy miesiące jak na rollercoasterze, zajebiście było, kiedyś o tym muszę napisać.
W każdym razie - mało umiem. Nic ciekawego nigdy nie zorganizowałam ani nic. Może jak byłam młodsza to faktycznie, udzielałam się jak pojebana wszędzie, brakuje mi tego. Ale totalnie nie wiem jak teraz cokolwiek ogarnąć, jak ja studiów nie ogarniam tak jak należy.
A już w ogóle to zacznijmy od tego, że mam do napisania dwie zaległe prace na studia, plus jedną którą muszę wysłać do jutra, a ja kurwa siedzę i oglądam sobie ludzi na Fb. Tak się właśnie rodzą porażki. Tak się buduje przyszłość bez przyszłości. Tu i teraz nie tworzę swojej historii i nie mogę więcej niż mi się wydaje.
Nie zapalę papierosa. Nie zapalę. Idę spać. Idę zapomnieć, że dziś znowu zmarnowałam dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz